poniedziałek, 5 listopada 2012

Rozdział 46

   - Chcesz się przejśc?- spytał Louis, a ja tylko kiwnęłam głową. Chwycił mnie za rękę, po czym zjechaliśmy windą na parter.
   Na zewnątrz było tak przyjemnie ciepło, że delikatny uśmiech sam zagościł na mojej twarzy. Kiedy przechodziliśmy obok parkingu, dostrzegłam na nim Zayna, zaciągającego się fajką. Puściłam rękę Louisa i szybkim krokiem podeszłam do mulata. Wyrwałam mu papierosa z ręki, po czym rzuciłam go na ziemię.
   - Merry, co ty robisz?- warknął, a następnie wyciągnął z kieszeni jeansów paczkę fajek.
   - Ja... Ja po prostu przed chwilą straciłam bliską mi osobę, przez to świństwo. Zrozum, nie chcę, żebyś był następny- znowu łzy zaczęły spływac po moich policzkach.
   - Przykro mi- cmoknął mnie w czubek głowy, a potem mocno do siebie przytulił.
   - Idziemy słonko?- spytał Lou, a ja powoli uwolniłam się z silnego uścisku Zayna i złapałam za rękę Tomlinsona i zaczęliśmy kierowac się w stronę pobliskiego sklepu spożywczego.
   - Mogę iśc z wami?- zatrzymała nas Zayn.- Wiecie, Niall siedzi w szpitalnym barze i się obżera, a Liam mizia się gdzieś tam z Danielle, a mnie zostawili tu samego, a nie macie pojęcia ile tu się kręci napalonych fanek- dodał po chwili.
   - Jasne, czemu nie- odpowiedziałam, a Malik szybko do nas dołączył.
   - Jak tam było w Miami?- spytałam, nabrawszy sporą ilośc powietrza w płuca.
   - Ciepło i wszędzie chodziło pełno, fajnych foczek- odpowiedział Zayna, a ja wraz z Louisem zwróciliśmy ku niemu piorunujący wzrok.
   - Foczek?
   - No w sensie, że kobitek- uśmiechnął się szeroko, jednocześnie odsłaniając zęby.
   - I co tam ciekawego robiliście? Niekoniecznie z foczkami- ciągnęłam temat ich wyjazdu.
   - Serfowaliśmy, leżeliśmy plackiem na plaży, imprezowaliśmy i takie tam- odparł Zayn.
   - Takim, to dobrze- skomentowałam.
   - A co ty robiłaś pod naszą nieobecnośc- spytał Louis.
   - Ciężko pracowałam, a tak poza tym dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy...
   - Tak? A jakich?- zerknął z zaciekawieniem w oczach, mój Lou.
   - Nie powinnam tego mówic, ale jeśli mi obiecacie, że nikomu nie powiecie...
   - Obiecujemy- odparli równocześnie.
   - Będziecie wujaszkami.
   - O jeny, Merry, jesteś w ciąży. Gratulacje stary- odparł uradowany Zayn, klepiąc Louisa w plecy.
   - Nie głuptasie, nie ja jestem w ciąży i to nie Lou, będzie tatusiem, tylko nasz Liam- wyjaśniłam.
   - Asz to. Teraz ma za swoje. Zawsze mu mówiłem, żeby nie opuszczał lekcji wychowania do życia w rodzinie, wiedziałby przynajmniej co to jest antykoncepcja- skomentował Zayn.
   - To może i nie długo będziemy bawic się na weselu- dodał Louis.
   - Póki co, mamy na głowie pogrzeb- wtrąciłam, a wszyscy spoważnieli.
   - Ja was na chwilę zostawiam, bo muszę zadzwonic do Harrego. Wiecie, takie tam interesy- powiedział Zayn, po czym skręcił w jakąś uliczkę.
   - Właśnie, gdzie jest Harry?- spytałam.
   - Harry, został w Londynie. Nie mógł tu przyjechac.
   - Ale co, ma jakieś problemy rodzinne?- dociekałam.
   - Nie. Nie mogę powiedziec, ale mam nadzieję, że kiedyś on sam zbierze się na odwagę i wyjaśni ci, dlaczego nie ma go tu teraz z nami- odparł Lou, spoglądając na mnie w taki odrobinę dziwny sposób.
   - Jak nie, to sama z niego to wyduszę siłą- zażartowałam.
   - Jesteś głodna?- zadał pytanie Lou, gdy staliśmy już przed samoobsługowym sklepem.
   - Nie, nie. Napiłabym się jedynie wody- odpowiedziałam, kiedy znaleźliśmy się już w spożywczaku.
   - Tak? Kiedy ostatnio coś jadłaś?
   - Wczoraj jadłam śniadanie, ale naprawdę nie chce mi się jeśc.
   - Ty chyba sobie żartujesz. Wybieraj coś. Chcesz bułkę, drożdżówkę, albo wiesz co pójdziemy gdzieś na obiad.
   - Ale Lou...
   - Nie ma, żadnego ale. Nie pozwolę na to, żebyś mi się zagłodziła-przerwał mi, po czym oboje wyszliśmy z supermarketu. Louis złapał taksówkę,która zawiozła nas do najbliższej  restauracji.
   - Mogę się ciebie o coś spytac?- zaczęłam,podczas przeglądania karty menu, w której i tak nic odpowiedniego dla siebie nie znalazłam. 
   - Nie musisz prosic mnie o zgodę- powiedział, spojrzawszy na mnie.
   - Co byś zrobił, jeśli dowiedziałbyś się, że jestem w ciąży?- palnęłam, nawet nie wiedząc, do czego jest mi potrzebna ta informacja.
   - Byłbym, chyba najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi. A skąd to pytanie? Chcesz mi powiedziec, że chłopcy będą podwójnymi wujkami?
   - Nie, póki co nie będziesz tatą. Byłam po prostu ciekawa, twojej reakcji- odparłam, a następnie złożyłam zamówienie kelnerce, która właśnie podeszła do naszego stolika.
   - Kocham cię- odparł po chwili ciszy.
   - Co cię kochanie wzięło na takie wyznania?- spytałam,łapiąc jego opartą o stół dłoń.
   - Ostatnio przeczytałem, że kobiety za rzadko słyszą te słowa, więc chcę coś z tym zrobic, a i chciałem usłyszec, że ty mnie też- odpowiedział, a ja delikatnie uśmiechnęłam się na te słowa.
   Też cie kocham, a wiesz za co?- w tym momencie Lou spojrzał na mnie z zaciekawieniem.- Tak w wielkim skrócie to za wszystko- odparłam szybko, bo nie chciałam, żeby przyniesione właśnie jedzenie wystygło, co byłoby możliwe, jeśli zaczęłabym wymieniac te wszystkie jego kochane cechy.
   - Mam ci coś jeszcze domówic?- zapytał Louis, gdy po tym jak zjadłam swoją zupę, zaczęłam podbierac mu z talerza frytki.
   - Nie dzięki.
   - Musimy jeszcze zarezerwowac sobie pokój w hotelu- odparł Lou, kiedy najedzeni wyszliśmy z restauracji.
   - Po co? Przecież mamy gdzie spac. Jakoś pomieścimy się w domu mamy.
   - Zdajesz sobie sprawę, z tego, ze jest nas siedmioro, prawda?
   - No pewnie, co to za problem. Jakoś się wciśniemy we trójkę na kanapie na dole- powiedziała, gdy podchodziliśmy pod szpital.
   - Jak to w trójkę?
   - No, weźmiemy jeszcze Nialla, bo reszta ma gdzie spac. Liam z Danielle w moim pokoju, a Nicka z Zaynem wpakujemy do sypialni mamy i po kłopocie.
   - A nie możemy, gdzieś wepchnąc jeszcze Nialla? Może do piwnicy?
   - Oj Lou, przestań to tylko kilka nocy, a Niall to przyjaciel- odpowiedziałam, po czym cmoknęłam go w policzek.
________________________________________________
Okay, mam do was ogromną prośbę, chciałabym, żeby każdy kto czyta to opowiadanie zostawił po sobie komentarz pod tym postem. To dla mnie ważne. Komentarz nie musi byc długi, ale oczywiście takie są mile widziane. Proszę to, nie kosztuje was dużo czasu :) A i jak wam się podoba rozdział?
Przypominam o stronie na fb- http://www.facebook.com/UzaleznieniOdOpowiadanie
A jeśli ktoś ma jakieś pytania, albo chce sobie ze mną o czymś pogadac to możecie pisac na gg- 45105756. 
Pozdrawiam Pa xxx

piątek, 2 listopada 2012

Rozdział 45



   - Tak, słucham?- odparłam, nadusiwszy zieloną słuchawkę.
   - Czy rozmawiam z panią Merry Lerone?- spytał, kobiecy, poważny głos.
   - Tak to ja. O co chodzi?
   - Nazywam się Anna Logan, dzwonię ze szpitala w Manchesterze i niestety nie mam dobrej wiadomości. Pańska matka leży u nas w bardzo ciężkim stanie. Możliwe, że to ostatnie dni jej życia- odparła kobieta, a ja bez słowa odpowiedzi, rozłączyłam się.
   - Dlaczego?- spytałam cicho powietrze.
   - Ej, co się stało?- spytał Nick, z którego samochodu nie zdążyłam jeszcze wysiąść.
   - Muszę jechać do Manchesteru- odburknęłam, a wcześniej gromadzone w moich oczach łzy, uwolniły się i spłynęły po mych policzkach, a ja wbiłam pusty wzrok w szybę, nie chciałam, żeby Nick w tym momencie widział, że płaczę.
   - Dosyć kosztowną wycieczkę wybrałaś- skomentował żartobliwie, a ja odwróciłam zapłakaną twarz w jego stronę, w taki sposób chciałam mu uświadomić, że nie jest mi do śmiechu.- Przepraszam- odparł.
   - Moja mama, on… Ona jest w krytycznym stanie…- wyszeptałam.
   - Zawiozę cię do niej- powiedział Nick, po krótkiej chwili namysłu.- Za pół godziny wracam tu po ciebie, jadę spakować co nieco i zatankować- odparł, a ja kiwnęłam głową, a następnie wyszłam z samochodu.
   Weszłam do domu, który o dziwo był otwarty, a w jego wnętrzu krzątała się Danielle. Dziewczyna najwidoczniej przygotowywała przyjęcie niespodziankę, na jutrzejszy powrót chłopaków.
   - Jedziesz gdzieś?- spytała dziewczyna, gdy po dwudziestu minutach zeszłam do salonu z małą torbą podróżną.
   - Tak do Manchesteru. Moja mama umiera- z trudem te słowa przeszły przez moje gardło.
   - Jadę z tobą, nie pozwolę na to, żebyś została sama w tak trudnej sytuacji- postanowiła.
   - To bardzo miłe z twojej strony, ale przecież nie masz nawet ze sobą żadnych rzeczy, a jutro, jutro przecież wraca Liam, za którym tak tęsknisz.
   - Mam- pokazała, czerwoną walizkę.- Miałam zamiar zostać tu do jutra i dokończyć przygotowywanie przyjęcia dla chłopaków.
   - Wiesz co, jeśli bardzo chcesz to twoja sprawa, czy pojedziesz, czy nie, ale nie mamy czasu. Musimy już iść- powiedziałam, kiedy usłyszałam z zewnątrz klakson.
   - Mamy pasażera- odparłam, wsiadając na tylnie siedzenie i jednocześnie puszczając Danielle do przodu.
   - Czemu ty nie usiądziesz z przodu?- zdziwił się chłopak.
   - Ona jest w ciąży. Dobra, ruszaj już- popędziłam go. Wtem Nick odpalił silnik.
   Przez całe trzy godziny drogi do Manchesteru nie odezwałam się ani słowem. Cały czas wpatrywałam się w spływające, niczym ludzkie łzy, krople deszczu, które błądziły własnymi ścieżkami wzdłuż szyby. Kiedy byliśmy już na miejscu, a właściwie na szpitalnym parkingu, w mgnieniu oka wyskoczyłam z auta i popędziłam w stronę budynku.
   - Dzień dobry, nazywam się Merry Lerone i szukam mojej mamy- odparłam, gdy zzipana stanęłam przed ladą w recepcji.
   - Pańska matka ma właśnie ważną operację. Szczegółów może się pani dowiedzieć u ordynatora na drugim piętrze- odpowiedziała kobieta.
   - Dziękuję- odburknęłam i ruszyłam w stronę windy, która właśnie zjechała na parter.
   Kiedy znalazłam się już na owym piętrze zaczęłam poszukiwania drzwi od gabinetu.
   - Są- szepnęłam, gdy dostrzegłam te właściwe. Zapukałam i nie czekając na odpowiedź, weszłam do pomieszczenia, w którym siedział sędziwy mężczyzna w białym fartuchu i z okularami na nosie.- Dzień dobry, mogę?- odparłam, po czym usiadłam na krześle wskazanym przez ordynatora.
   - O co chodzi?- spytał, grubym głosem.
   - Moja mama, leży w tym szpitalu w bardzo złym stanie, a recepcjonistka powiedziała, że ma ona właśnie operację. Chciałam się od pana dowiedzieć, co jej właściwie jest i czy w ogóle z tego wyjdzie? Caroline Lerone, tak się nazywa.
   - A, chodzi o naszą panią doktor. Sytuacja nie jest za dobra. Niestety nie mam dobrych wiadomości. Pani matka ma poważnego i do tej pory nie leczonego raka płuc, a co gorsza z przerzutami do serca.
   - Ale czemu?- zadałam pytanie, a z moich oczu znowu popłynęły niekontrolowane łzy.
   - Przypuszczam, że to od palenia. Mama paliła prawda?
   - Yhm.
   - Obiecuję, że zrobimy co w naszej mocy- odparł mężczyzna, a ja cała zapłakana wyszłam z gabinetu.
   Na korytarzu kręciła się Danielle z Nickiem. Dziewczyna, gdy mnie ujrzała podeszła do mnie i mocno do siebie przytuliła.
   - Hej, kochana, nie płacz, wszystko będzie, zobaczysz- pocieszała mnie, jednak ja w głębi duszy przeczuwałam, że wcale tak nie będzie.
   - Tutaj macie klucze i kartkę z adresem domu mamy. Możecie czuć się jak u siebie- wysunęłam w ich stronę owe przedmioty i sztucznie się uśmiechnęłam.
   - A co z tobą?
   - Zostanę tutaj- odpowiedziałam i usiadłam na ziemi, która moim zdaniem była wygodniejsza niż te plastikowe krzesła.
   - Zostanę z tobą- powiedział Nick, siadając obok mnie.
   - Nie, Chcę zostać sama!- wypaliłam poważnym głosem.- Zawieź Danielle do domu i zróbcie sobie coś do jedzenia- dodałam.
   - Ale…- zaczął.
   - Idź już stąd!- powiedziałam i znowu zaczęłam płakać. Chłopak podniósł się z ziemi i razem z Danielle zniknęli za rogiem. Natomiast ja zakryłam rozmazane oczy dłońmi, bo mój płacz z minuty, na minutę się nasilał.
   - Przepraszam- poczułam czyjąś rękę na swoim ramieniu, a gdy otworzyłam oczy, okazało się, że jestem przykryta kocem.
   - Czy ja zasnęłam?- spytałam zaspanym głosem.
   - Tak, przespała pani całą noc- odpowiedziała, kucając obok mnie pielęgniarka.- Może pani wejść do mamy- po tych słowach kobiety, zerwałam się na równe nogi.- Tylko ostrzegam, że widok nie będzie miły, pani matka jest w śpiączce- dodała kobieta, gdy ja już łapałam za klamkę, białych drzwi.
   W środku było strasznie jasno, co sprawiło, że na początku obraz, który widziałam był mocno zamazany. Jednak, gdy oczy się przyzwyczaiły dostrzegłam nieruchome ciało mojej mamy, przy której w ułamku sekundy się znalazłam. Jedną ręką chwyciłam jej zimną dłoń, a drugą otarłam spływającą po moim policzku łzę.
   - Dlaczego mi to robisz? Jesteś przecież taka młoda, całe życie przed tobą- zaczęłam mówić, patrząc na jej zamknięte oczy.- Tak bardzo żałuję, że cię opuściłam, zachowałam się tak egoistycznie. To przeze mnie zostałaś sama w tym wielkim mieście, bez pomocy i opieki. Nie możesz mnie teraz zostawić. Tak bardzo bym chciała, żebyś w przyszłości bawiła się na moim weselu, a później rozpieszczała moje dzieci, a twoje wnuki. Widzisz jak bardzo ciebie potrzebuję, ciebie, twojej troski, twojego szczerego uśmiechu- zaczęłam wymieniać jednocześnie płacząc jak małe dziecko.
   - Możemy?- usłyszałam zza pleców, znajomy głos Danielle.
   - Tak- odpowiedziałam, nawet nie odwróciwszy wzroku.
   - Wszystko będzie dobrze- kolejny raz dziewczyna powtórzyła te słowa, po czym przytuliła mnie od tyłu. Tak bardzo chciałabym uwierzyć w te słowa, tak bardzo.
   Nagle zadzwonił mój telefon, a tak dokładniej to Louis. Nie byłam teraz w stanie z nim rozmawiać. Jednak ten nie zaprzestawał i co chwilę byłam zmuszona odrzucać kolejne połączenia przychodzące.
   - Ja się tym zajmę- odpowiedział Nick, po czym ostrożnie wyjął telefon z mojej ręki i wyszedł z sali.
   - Chcesz coś do jedzenia?- spytała Danielle.
   - Dzięki, nie jestem głodna- odpowiedziałam cicho.- Nigdy nie przypuszczałam, że znajdę się w takiej sytuacji. Wiem jak musiała cierpieć, a tak naprawdę nikt nie mógł jej pomóc- zaczęłam mówić ni to do siebie, ni to do Danielle.
   - Oni tu lecą- wtrącił Nick, który ponownie wszedł na salę.
   - Jak to? Jadą tu?- podniosłam głos i ciało z krzesła.
   - Powiedziałem twojemu chłopakowi w skrócie co się wydarzyło, a w odpowiedzi na to dostałem informację, że wasi kumple wsiadają w pierwszy samolot do Manchesteru i zaraz tu będą- wytłumaczył.
   - Mogę zostać sama?- spytałam spokojnie, a Nick i Danielle bez słowa wyszli za drzwi.
   - Mamo, ja nie chcę, żeby oni mnie widzieli w takim stanie. A może to tylko sen, a raczej koszmar? Zaraz się obudzę i wszystko będzie jak dawniej. Będziemy mieszkać razem w Londynie i nigdy nie pozwolę ci mnie opuścić- zaczęłam mówić już od rzeczy, ale to było lepsze niż głucha cisza.- Pamiętasz jak czytałaś mi książki jak byłam chora, a wtedy moje samopoczucie się polepszało? Mam przy sobie naszą ulubioną książkę. Może to pomoże- wyjęłam z torby książkę, którą zaczęłam czytać na głos. Od czasu, do czasu zatrzymywałam się, żeby wtrącić jakiś niepotrzebny komentarz.
   Nie doczytałam do końca, coś mi przerwało. Tym czymś był mały, czarno biały ekranik przy łóżku, który zaczął wskazywać coraz niższy puls mojej mamy. Spadał on stopniowo, powoli, a ja tylko bezradnie się w niego wpatrywałam, nie wiedziałam co mam zrobić. Pustka ogarnęła mój umysł i ciało.
   - Proszę stąd wyjść!- drzwi otworzyły się, a do środka wbiegło dwóch lekarzy.- Proszę stąd w tej chwili wyjść!- krzyknął jeden z nich na mnie, na co ja z płaczem wybiegłam na korytarz, wpadając na Louisa, który stał w przejściu. Gdy go rozpoznałam, mocno się w niego wtuliłam i zaczęłam głośno płakać.
   - Ciii, Ciii, wszystko będzie dobrze- zaczął mnie uspokajać, delikatnie gładząc moje włosy.
   - A właśnie, że nie. Zrozumcie wy wszyscy, nic nie będzie dobrze, ona umiera i to przeze mnie- zaczęłam krzyczeć, a następnie wyrwałam się z jego uścisku i zsunęłam się na ziemię tuż pod ścianą.
   - Posłuchaj mnie. To nie jest twoja wina, nie możesz się osądzać. Tak widocznie musi być- dosiadł się do mnie i otarł moje mokre od łez policzki.
   - Ale…- nie dokończyłam, bo w tej chwili z sali, w której przed chwilą była, wyszli ci dwaj lekarze.
   - Robiliśmy co  w naszej mocy. Jednak Bóg wybrał inny los, dla pańskiej matki- odparł jeden z nich, a moje ciało zaczęło drżeć. Czyli to nie był sen? Właśnie straciłam najdroższą mi osobę. W tym momencie coś zaczęło rozsadzać mnie od środka. Sama nie wiem co to było, czy smutek, czy może żal, albo jeszcze coś innego.
   Nie płakałam, siedziałam bezsilnie na podłodze, bezsilnie wpatrując się w głąb sali i na łóżko i przykryte prześcieradłem ciało.
   - Merry, słońce. Nie martw się, ona jest teraz w innym lepszym świecie- odparł Lou, a ja nieco oprzytomniałam.- Może i nie możesz jej zobaczyć na własne oczy, ale uwierz mi ona zawsze będzie w twoim sercu- mówił to tak prawdziwie, że aż poczułam dziwne uczucie w sercu, jakby moja mama chciała mi powiedzieć, że już znalazła sobie w nim miejsce dla siebie.  
_______________________________________
I co chyba wcale nie jest taki smutny, jak mi się wydawało. Dobra dzięki za poprzednie 10 komentarzy i liczę, że teraz będzie tyle samo, albo i jeszcze więcej. DŁUGIE KOMENTARZE POPROSZĘ :)

czwartek, 1 listopada 2012

Rozdział 44


Dzisiaj już sobota, dzień, w którym mogą się w końcu wyspać, przynajmniej tak myślałam. Już o siódmej rano obudził mnie mój budzik, którego wczoraj zapomniałam wyłączyć, walnęłam go pięścią i ponownie poszłam spać. Po niespełna piętnastu minutach, że snu wyrwał mnie mój telefon.
   - Halo?- odebrałam, nawet nie otwierając oczu, więc nie miałam zielonego pojęcia kto dzwoni.
   - Merry, czy to ty?- rozpoznałam w słuchawce melodyjny głos Danielle.
   - Yhm- westchnęłam.
   - Potrzebuję twojej rady, to dla mnie bardzo ważne. Możemy się dzisiaj spotkać?
   - Yhm- powtórzyłam, byłam zbyt zaspana, żeby wydobyć z siebie jakieś inne słowa.
   - Dziękuję. Będę za pół godziny- odpowiedziała radośnie, po czym się rozłączyła.
   - Za pół godziny? Czy ona nie może spać?- pomyślałam i niechętnie wygramoliłam się z mięciutkiego i ciepłego łóżka.
   Całe szczęście letni prysznic nieco pobudził moje ciało do życia, a ciepła, mocna kawa zadziałała na moje częste ziewanie. Kiedy robiłam sobie delikatny makijaż, żeby zakryć sine worki pod oczami, zadzwonił dzwonek. Wyszłam z toalety i powędrowałam wprost do drzwi wejściowych, za którymi stała Danielle.
   - Wchodź. Chcesz coś do picia? Pytam tak na start, bo sama biorę się za parzenie herbaty- odparłam.
   - Może być woda, zresztą sama sobie naleję- razem udałyśmy się do kuchni, gdzie ja przygotowałam sobie herbatę malinową, a Dani nalała sobie do szklanki wody.
   - To mów, po jaką radę do mnie przychodzisz?- zaczęłam, kiedy usiadłyśmy do stołu.
   - Nie wiem od czego zacząć. Dobra. Jak byłam tu kilka dni temu, to myślałam, że zatrułam się pizzą, jednak wczoraj rano znowu wymiotowałam, jakoś tak mnie natknęło i kupiłam w aptece test i się okazało, że będziemy z Liamem rodzicami- wytłumaczyłam.
   - Ojej, moje gratulacje kochanie- mocną ją do siebie przytuliłam.
   - Tylko jest pewien problem, nie wiem jak mam o tym powiedzieć Liamowi.
   - Może nie mów mu tego wprost. Pozwól, żeby sam się domyślił- zaproponowałam.
   - A wiesz, że to bardzo trafny pomysł, dobra nie będę już ci zawracać głowy. Dziękuję za wszystko. Na razie- odpowiedziała, po czym mnie przytuliła na pożegnanie i wyszła, a ja znowu zostałam sama w wielkim domu. Na spotkanie z przyjaciółkami nie mogłam liczyć, ponieważ wyjechały one na wakacje do Hiszpanii. Nudne to moje życie, bez tych moich chłopaków.

   Przed dwunastą, z czystej ciekawości zalogowałam się na swoim facebooku. Okazało się, że ludzie z mojej klasy z podstawówki organizują na dzisiaj spotkanie klasowe w parku o piętnastej.
   - No to już mam plany na dziś- odparłam sama do siebie i wyłączyłam laptopa. Miałam trzy godziny na wyszykowanie się.
   Zanim się obejrzałam, siedziałam już w przepełnionym po brzegi autobusie, który miał mnie zawieść pod sam park. Byłam strasznie podekscytowana tym, że za chwilę spotkam się ze znajomymi, z którymi nie utrzymywałam, żadnego kontaktu od kilku lat.
   Grupkę znalazłam bez najmniejszego problemu, ponieważ Alice ( nasza dawna gospodyni klasowa ) trzymała w dłoni transparent.



   - Hej wszystkim- powiedziałam głośno, podchodząc bliżej tłumu.
   - Merry?- spytał ktoś za moimi plecami, a gdy się odwróciłam spostrzegłam, uśmiechającego się w moją stronę Nica.
   - Co ty tu robisz?- spytałam, ze zdziwieniem w głosie.
   - Jestem tu z kuzynką, która przyleciała z Irlandii, do mojej rodziny na wakacje i przy okazji przyszła na spotkanie klasowe swojej byłej klasy, a w związku, że nie miałem na dzisiaj, żadnych planów, postanowiłem jej potowarzyszyć- wytłumaczył.- A co ty tu robisz?
   - Ja po prostu także przyszłam na spotkanie klasowe- odpowiedziałam, po czym odwróciłam się do niego plecami  i podeszłam przywitać się ze wszystkimi z osobna i przy okazji zamienić kilka zdań ze swoimi starymi znajomymi.
   - Jeny Merry, jak ja ci zazdroszczę, tego że mieszkasz z chłopakami no i że chodzisz z Lou. Wiesz jestem ich fanką, uwielbiam ich. A w ogóle jak im się podoba w Miami?- zagadała mnie Lucy, największa kujonka w klasie.
   - Skąd wiesz, że są w Miami?- spytałam zdziwiona.
   - Uwierz, że fanki wiedzą wszystko, naprawdę wszystko- uświadomiła mi pewnym tonem.
   - Słonko, uwierz, że ja wiem o wiele więcej- uśmiechnęłam się do niej, żeby nie uznała tej wypowiedzi za chamską.
   - No nie jestem pewna- zaprotestowała dziewczyna.
   - Proszę. Pytaj się o co tylko chcesz- powiedziałam, a dziewczyna się zamyśliła.
   - Hmm stawmy na Larrego. Czy Harry i Louis kiedyś się pocałowali?- zadała pytanie, a ja się uśmiechnęłam na samą myśl z pewnego wydarzenia sprzed roku.
   - Tak- odpowiedziałam krótko.
   - Ha, a wcale, że nie. Oboje temu zaprzeczyli kilka tygodni temu- odparła triumfująco dziewczyna.
   - No tak zapewne masz rację, bo to przecież ty mieszkasz z nimi pod jednym dachem- powiedziałam kpiącym głosem. W związku, że nie chciałam wdawać się w nią w kłótnię, po prostu odeszłam w stronę, siedzącego na ławce Nicka.
   - Jak tam?- spytał, gdy zajęłam miejsce obok niego.
   - Zdążyłam porozmawiać z kilkoma osobami i dopiero teraz uświadomiłam sobie dlaczego nie utrzymywałam z nimi żadnego kontaktu, przez ostatnie cztery lata- odparłam.
   - Muszę się z tobą zgodzić, dziwni ci ludzie. Masz ochotę na pizzę, w miłym towarzystwie?- spojrzał na mnie, lekko się uśmiechając.
   - Oj nie. Pizza zapładnia ludzi- palnęłam, po czym zaczęłam się śmiać jak opętana z własnych głupkowatych słów.
   - Nie rozumiem- powiedział Nick.
   - Dobra mniejsza o to. Może Mcdonalds?- zaproponowałam, a chłopak tylko się uśmiechnął.
   - Zaraz, a co z twoją kuzynką?- spytałam.
   - Nie jest już dzieckiem, wróci autobusem- odpowiedział, po czym oboje piechotą udaliśmy się do znajdującego się na końcu parku Mcdonalds’a.
   Piątek, już jutro wracają chłopcy i to już z samego rana ich samolot powinien wylądować w Londynie. Tak bardzo bym chciała już teraz z całych sił ich wyściskać. Poranek oraz czas w pracy zleciał strasznie szybko, że za nim się obejrzałam siedziałam już w samochodzie Nicka, który odwoził mnie od pewnego czasu do domu. Tak bardzo byłam radosna i szczęśliwa, byłam pewna że nic nie może mi popsuć takiego dobrego humoru, a jednak. Pod samym domem zadzwonił mój telefon, a na jego wyświetlaczu pojawił się jakiś nieznany numer.  
____________________________________
Nie lubię was, jak zawsze musicie wiedzieć, co zdarzy się w następnym rozdziale tak jak się stało z ciążą Danielle. Wredotki z was. Czemu się nie zgłaszacie na konkurs ludziki? Dobra liczę na dużo długich szczerych i niekoniecznie takich przedstawiających co będzie w następnym rozdziale  KOMENTARZY.